„Jako naukowcy jesteśmy doceniani na Zachodzie. Jesteśmy zapraszani na różne stypendia zagraniczne, staże, zwłaszcza po doktoracie, jeśli ktoś zna dobrze język, to są duże szanse na wyjazd” – o własnych wrażeniach, spostrzeżeniach i doświadczeniach, związanych z pobytem w zagranicznych instytutach naukowych opowiadała dr Justyna Cybulska, pracownik naukowy Instytutu Agrofizyki PAN w Lublinie.
Pracuje Pani w Zakładzie Mikrostruktury i Mechaniki Biomateriałów, czym dokładnie zajmuje się Pani w swojej pracy?
Zajmuję się przede wszystkim badaniem ścian komórkowych roślin użytkowych – głównie jabłek. Są to badania biochemiczne, mechaniczne oraz analizy mikroskopowe. Tematem mojego doktoratu było zbudowanie, na przykładzie jabłka, materiału modelowego imitującego naturalną ścianę komórkową, w celu badania wpływu czynników zewnętrznych na ten materiał, odzwierciedlający w pewnym stopniu ścianę komórkową naturalnej tkanki owocu.
Doktorat realizowała Pani w Instytucie Agrofizyki PAN w Lublinie?
Tak, w Zakładzie Mikrostruktury i Mechaniki Biomateriałów, natomiast badania wykonywałam w różnych jednostkach, gdyż nie dysponowaliśmy tutaj sprzętem do wykonania wszystkich potrzebnych analiz.
Jest Pani absolwentką Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie, specjalizacja inżynieria żywności. Pani pierwsze wyjazdy związane są z okresem studiów magisterskich?
Studiowałam w latach 1999–2004, wówczas były trochę mniejsze możliwości wyjazdu za granicę na staż czy stypendium. Wtedy ubiegałam się o dwa stypendia: Erasmus Sokrates oraz Leonardo da Vinci. Otrzymałam obydwa, wybrałam Leonardo da Vinci. Był to praktyczny staż w przedsiębiorstwie, gdyż będąc inżynierem, nastawiałam się bardziej na pracę związaną z przemysłem spożywczym. W ramach programu wyjechałam do Niemiec, do Lipska gdzie odbyłam praktykę w dwóch przedsiębiorstwach. Pierwszym z nich była piekarnia produkująca pieczywo prozdrowotne, drugim był duży kompleks hotelowy, gdzie zajmowałam się opracowaniem systemu HACCP dla restauracji hotelowej.
A po powrocie…
Skończyłam studia, jednocześnie podjęłam pracę w firmie zajmującej się wprowadzaniem, kontrolą i audytem systemów zapewniania jakości w przedsiębiorstwach przemysłu spożywczego. Postanowiłam jednak kontynuować pracę naukową i dostałem się na studia doktoranckie w Instytucie Agrofizyki PAN w Lublinie. Efektem pierwszego roku był eksperyment, którego wyniki zaprezentowałam w Belgii na Katolickim Uniwersytecie w Leuven. Spotkało się to z zainteresowaniem, więc zaproszono mnie do udziału w programie stypendialnym Marie Curie w ramach VI Programu Ramowego. Po otrzymaniu stypendium, na drugim roku studiów doktoranckich, wyjechałam na pół roku do Leuven.
Proszę krótko opisać, jak wyglądał Pani pobyt w laboratorium w Leuven?
Pojechałam tam jako niedoświadczony pracownik naukowy. Byłam trochę wystraszona, gdyż wyjechałam sama, bez żadnych znajomych z Polski. To był dla mnie duży stres związany ze sprawami organizacyjnymi, między innymi znalezieniem mieszkania. W Belgii stawia się na dużą samodzielność zarówno doktorantów, jak i innych pracowników naukowych, stąd też musiałam zmierzyć się z różnymi małymi problemami, które wtedy wydawały się duże. Prace w samym laboratorium przebiegały raczej dobrze. Otrzymałam temat, który musiałam zrealizować zgodnie z własnym pomysłem. Oczywiście odbywały się seminaria czy podsumowania okresowe, by tamtejsi pracownicy mogli zaakceptować moje pomysły. Byłam stypendystą z zewnątrz , jednak od samego początku włączono mnie w różne aktywności laboratorium. Na początku zapoznawałam się z literaturą, którą częściowo przygotowałam jeszcze przed wyjazdem. Gdy to wszystko opracowałam, musiałam zrealizować zamówienia na potrzebne dla mnie odczynniki czy urządzenia. Praca w laboratorium była wyczerpująca. Wbrew przypuszczeniom, pracuje się tam bardzo intensywnie, jednak ludzie są mocno zaangażowani w naukę i nie odbierają negatywnie tego, że muszą siedzieć po 10–12 godzin w laboratorium, a czasami nawet w weekendy.
Klimat w pracy jest bardzo dobry, pracownicy lubią ze sobą przebywać. Często w piątki organizowane są dyskoteki lub spotkania w pubach, gdzie pojawiają się wszyscy, nie tylko młodzi, ale i starsi pracownicy. Raz do roku organizowany jest wyjazd integracyjny.
Była Pani jedyną osobą z Polski?
Spotykałam Polaków podczas różnego rodzaju aktywności, np. uprawiając sport, większość jednak pracowała na wydziałach humanistycznych. Na moim wydziale nie spotkałam żadnej osoby z naszego kraju. Znaczna część osób pracujących w laboratorium była spoza Belgii. Byli to głównie Azjaci, tj. Chińczycy, Wietnamczycy, Japończycy, ale było też sporo Europejczyków – głównie Hiszpanie i Włosi.
Jak wygląda organizacja pracy w takim laboratorium, w końcu zespół składał się w połowie z osób przyjezdnych?
Oni są doskonale przygotowani na przyjazd stypendystów zagranicznych. Na samym początku otrzymałam pełny spis zasad, których trzeba przestrzegać. Wszystko było ustalone z góry, kto za co odpowiada, gdzie się do kogo mogę zwrócić, ile mam pieniędzy na wydatki naukowe, gdzie mogę wymieniać fartuch, jakich programów mogę używać do obróbki danych itd. To wszystko było jasno określone. Dodatkowo, dzięki dobrym relacjom z moim bezpośrednim przełożonym, otrzymałam możliwość nieograniczonego dostępu do laboratoriów, także w dni wolne od pracy. To jest bardzo pozytywne, że jest duże zaufanie do właściwie obcych ludzi przyjeżdżających na pobyty naukowe, każdy ma dostęp do całej aparatury. W Polsce jest niestety inaczej, często korzystanie z niektórych urządzeń jest wręcz niemożliwe. Jeśli chodzi o samą uczelnię, to bez problemów można korzystać z całej infrastruktury uniwersyteckiej, tj. biblioteki, centrum komputerowego czy obiektów sportowych za bardzo symboliczną cenę.
Co z wynikami Pani badań naukowych, każdy w laboratorium miał do nich dostęp?
Wyniki badań, które otrzymywaliśmy, zapisywaliśmy na specjalnym dysku zbiorczym. Każdy archiwizował tam swoje dane, one były dostępne dla innych pracowników. Zasada była taka, że wyniki „produkuje” się po to, by z nich później były publikacje. W związku z tym, eksperymenty były wcześniej przedyskutowane, a wyniki na bieżąco kontrolowane i omawiane z kompetentnymi osobami. Oczywiście, nikt obcy nie wykorzystywał moich wyników dla własnych publikacji.
W Polsce raczej trudno spotkać się z podobnym rozwiązaniem.
Tak, w Polsce nie spotkałam się z czymś podobnym, raczej każdy chroni rezultaty swojej pracy. Tam wszyscy mieli dostęp do wyników swoich kolegów. Nie powodowało to jednak żadnych szkód, wszyscy byli w porządku wobec siebie. Pracując nad projektem, najczęściej współpracuje się z grupą badaczy. Publikacje zawierają szereg współautorów, toteż uzyskiwane wyniki muszą być jawne i dostępne dla wszystkich zaangażowanych w dany eksperyment.
Co z kompetencjami zespołu badawczego, rozumiem, że interdyscyplinarna grupa złożona z osób reprezentujących różne dyscypliny naukowe?
Pracowałam w laboratorium, w którym zajmowaliśmy się badaniem zmian, jakim ulegają rośliny po zbiorze. Mam tu na myśli dojrzewanie, zmiany podczas procesów technologicznych czy podczas przechowywania. W projekcie uczestniczyli technolodzy żywności, biotechnolodzy, ale też chemicy, biochemicy, fizycy, ludzie ze ścisłym wykształceniem matematycznym, gdyż wykorzystywane są tam szeroko metody modelowania matematycznego.
Czyli każdy ma swoją „działkę” w projekcie.
Laboratorium, w którym pracowałam składa się z około 30–40 osób. Ludzie angażują się okresowo do określonych projektów badawczych. Jeśli ktoś ma kompetencje przydatne do określonego projektu czy eksperymentu, wówczas jest w takim zespole. To jest mobilne i wygodne, gdyż kończąc jeden projekt, możemy brać udział w innym z innym zespołem. Nie ma sztywnego przyporządkowania do określonej grupy. W Polsce często ludzie są ściśle związani z katedrami, zakładami. Tam jest to bardziej ruchome. Stałymi pracownikami laboratorium są jedynie pracownicy techniczni – bardzo dobrze wyszkoleni, kompetentni.
Po powrocie z Leuven była Francja?
Po powrocie z Leuven musiałam kontynuować swoje badania do doktoratu. Instytut Agrofizyki nie był w pełni przystosowany do badań biochemicznych, dotychczas skupialiśmy się raczej na metodach fizycznych, toteż za zgodą przełożonych pozwolono mi na stworzenie takiego laboratorium od podstaw. Złożyłam wtedy też podanie o grant promotorski, który pozwolił mi na sfinansowanie badań. Jednak po pewnym czasie okazało się, że są niezbędne inne analizy, więc napisałam wniosek o stypendium do ambasady francuskiej, by móc wyjechać do INRA, francuskiego instytutu badań rolniczych. Otrzymałam stypendium od rządu francuskiego na dwa miesiące oraz przedłużenie stypendium na kolejny miesiąc od INRA. Realizowałam tam część badań uzupełniających do doktoratu, pracując równocześnie, wraz z kolegami z naszego Zakładu Mikrostruktury i Mechaniki Biomateriałów, nad innym projektem naukowym.
Wybiera się Pani do Norwegii, gdzie kierować będzie własnym zespołem badawczym.
Tak, w lutym wybieram się do Norwegii, gdzie będę prowadziła własny krótkookresowy projekt badawczy, niestety z małym budżetem. Krótki okres pobytu jest związany z sytuacją w naszym Instytucie, gdzie jestem zaangażowana w inne przedsięwzięcia. Grupa norweska, z którą będę współpracować, prowadzi bardzo ciekawe badania nanostruktury wysokocząsteczkowych związków biologicznych, tj. polisacharydów i białek. Są to badania unikalne w skali światowej.
Trudno było uzyskać zgodę na realizację projektu w tamtejszej jednostce naukowej?
Napisałam maila do profesora, który kieruje tamtejszą jednostką, z zapytaniem, czy mogłabym zrealizować część badań u niego w laboratorium, oczywiście zapewniając sobie jakieś finansowanie. Przesłałam też opis tematyki, którą się zajmuję, listę publikacji oraz cv, żeby wiedział, z kim ma do czynienia. Okazało się, że jest zainteresowany współpracą. W zarysie opisałam eksperyment, który chciałabym wykonać w Norwegii, co zostało ostatecznie zaakceptowane. Tematyka ta wykracza trochę poza obszar ich badań, stąd też będzie to dla nich dodatkowo ciekawa sprawa. Na końcu zgromadziłam niezbędne dokumenty i napisałam wniosek o finansowanie badań do Norway Research Council, projekt został przewidziany do finansowania.
Co to za projekt?
Projekt ma na celu badanie pod mikroskopem sił atomowych, modelowych struktur ścian komórkowych oraz ścian komórkowych wyizolowanych z tkanki roślinnej. Badania będą prowadzone pod kątem charakterystyki nanostruktury oraz mechaniki elementów strukturalnych tych układów. Chcemy to zrobić także w układzie ciekłym, co jest stosunkowo trudne. W tej chwili na świecie jest niewiele badań na ten temat.
Środowisko naukowe u nas i za granicą – jakie różnice najbardziej rzucają się w oczy?
Jeśli chodzi o poziom naukowy, to zarówno za granicą, jak i w Polsce różne jednostki mają różny poziom zaawansowania badań. Najlepszym miernikiem poziomu są publikacje. Jeśli chodzi o organizację, to – według mnie – na Zachodzie jest dużo lepsza, bardziej przyjazna ludziom, no i praktycznie nieograniczony dostęp do aparatury. Na uwagę zasługuje świetna obsługa administracyjna. Tam, gdzie pracowałam, środowisko naukowe nigdy się takimi rzeczami nie zajmuje. Są służby do tego bardzo dobrze przygotowane i one zdejmują duży ciężar spraw organizacyjnych. U nas jest zupełnie inaczej. Osoba pracująca naukowo jest obciążona wieloma sprawami organizacyjnymi. Dużym plusem jest świetna znajomość przez pracowników języków obcych i duża mobilność wynikająca z dobrego funkcjonowania systemu. Na Zachodzie zatrudnionych na stałe jest niewielu pracowników, większość to pracownicy kontraktowi, do określonych projektów. Ci ludzie są bardzo otwarci, a poza tym są pasjonatami swojej pracy. Wszędzie można zauważyć ogromne zaangażowanie w pracę oraz doskonałe przygotowanie merytoryczne. U nas dużym problemem jest to, że ludzie posiadają kompetencje nieadekwatne do zajmowanych stanowisk. Natomiast jako naukowcy jesteśmy doceniani na Zachodzie. Jesteśmy zapraszani na różne stypendia zagraniczne, staże, zwłaszcza po doktoracie, jeśli ktoś zna dobrze język angielski, to są duże szanse na wyjazd.
Nie czuła Pani obawy przed wyjazdem, że ma Pani niewystarczającą wiedzę lub że uszkodzi Pani jakieś urządzenie i będzie problem?
Bardzo się obawiałam (śmiech). Szczególnie jadąc do Belgii na uczelnię, bardzo się bałam o swój poziom, o język, że sobie nie poradzę. Człowiek ma jednak pewien stopień inteligencji i okazuje się, że wszystkiego można się nauczyć. Musimy pamiętać, że jeżeli skończyliśmy uniwersytet z dobrym wynikiem, dostaliśmy się na studia doktoranckie czy do jakiejś pracy naukowej, to już pewien poziom reprezentujemy, powinniśmy czuć się w miarę pewnie. Jeśli chodzi o aparaturę, to obecnie jest skonstruowana w sposób bardzo przyjazny, tak, że nie ma większych problemów z jej obsługą, aczkolwiek trzeba coś na ten temat wiedzieć. Najbardziej obawiałam się zderzenia z wiedzą innych osób, ale okazało się to w ogóle niesłuszne. Myślę, że nie powinniśmy mieć żadnych kompleksów związanych z naszym wykształceniem. Oczywiście wskazany jest jakiś stres, bo motywuje do większego wysiłku, ale naprawdę nie ma się czego obawiać.
Wracając do wyjazdów zagranicznych, jaki jest Pani prywatny niezbędnik stypendysty, czyli kilka praktycznych rad dla początkujących.
Na pewno wyjazd nie jest celem samym w sobie, nie jedziemy tam, żeby jedynie pozwiedzać. Decydując się na wyjazd, należy dobrze poznać profil danej jednostki i dobrze przygotować się merytorycznie. Naukowcy z dobrych uniwersytetów są świetnie przygotowani do pracy i tego samego oczekują od stypendystów, szczególnie, jeśli ktoś przyjeżdża w ramach prestiżowych stypendiów, tj. Fulbrighta czy Marie Curie. Łatwiej jest, gdy nasze doświadczenie naukowe jest zgodne ze specyfiką badań prowadzonych tam, gdzie jedziemy. Należy nastawić się na dużą samodzielność oraz na to, że będzie się od nas wymagało dużego zaangażowania.
Należy przygotować się na częste wystąpienia, prowadzanie seminariów, rozmowy w grupach roboczych. Powinniśmy przygotować się dobrze organizacyjnie, zadbać o ubezpieczenie, stancję itp. Wiele rzeczy można załatwić przez Internet, a nawet jest to preferowane. Trzeba pomyśleć o banku, jakie są warunki otwarcia konta itp., chociaż osobiście miałam taką sytuację we Francji, podczas trzymiesięcznego pobytu, że wypłatę stypendium odbierałam na poczcie. Wiele spraw we Francji załatwia się w taki tradycyjny sposób.
Musimy wcześniej przemyśleć, jak będzie wyglądać nasze życie podczas pobytu, czyli gdzie można pójść po pracy, gdzie można rozwijać swoje zainteresowania. Ja lubię uprawiać sport, więc muszę sobie taką możliwość zabezpieczyć, jeśli ktoś lubi np. chór, to też powinien się zorientować w tej kwestii. Trzeba zadbać o takie techniczne sprawy, jak komputer, legalne oprogramowanie, szczególnie, jeśli chcemy podpiąć się do sieci uczelnianej. Warto zorientować się, jaka jest specyfika danego kraju, szczególnie jeśli ktoś wybiera się na stypendium poza kontynent. Wówczas duża różnica kulturowa może powodować u ludzi frustracje. Szczególnie doskwiera brak możliwości porozumiewania się w języku ojczystym. Po powrocie człowiek odczuwa dużą satysfakcję. Wiadomo, że niektóre efekty trudno przewidzieć, jednak na pewno nawiązane kontakty procentują na długie lata, a nabyte umiejętności i doświadczenie są niejednokrotnie unikalne. Myślę, że nie bez powodu Unia Europejska tak bardzo promuje mobilność naukowców. Każdy wyjazd jest ważny, jednak jeśli się już na coś decydujemy, to śmiało mierzmy do najlepszych, tam możemy się najwięcej nauczyć.
Z jakim krajem wiąże Pani swoją przyszłość?
Z Polską. Moim marzeniem jest praca w Polsce, natomiast nie wykluczam wyjazdów zagranicznych, które są związane ze specyfiką tej pracy.
Jak reaguje na Pani wyjazdy rodzina?
Rodzina jest zazwyczaj niezbyt zadowolona z wyjazdów, bo jak wiadomo jest to rozstanie z bliską osobą. U mnie nie ma większego problemu, gdyż ja nie mam jeszcze dzieci, natomiast i takie sytuacje nie są zbyt trudne. Znam osoby, które wyjeżdżały razem z dziećmi i doskonale radziły sobie za granicą. System wyjazdów naukowych jest tak stworzony, by jak najbardziej ułatwić naukowcom pracę bez konieczności poświęcenia życia rodzinnego.
Warto zdecydować się na stypendium zagraniczne?
Tak, ja bardzo zachęcam do takich wyjazdów. Co jest warte podkreślenia, osoba wracająca ze stypendium zagranicznego jest odbierana w Polsce bardzo pozytywnie. Takie doświadczenie otwiera drogę do wielu innych ważnych rzeczy, m.in. do innych projektów naukowych. Jest to punktowane przy staraniach o kolejne wyjazdy czy granty badawcze. Nie należy się zrażać długością pobytu, gdyż można dostosować ją do własnych potrzeb.
Dziękuję za rozmowę
Marcin Pastwa
Komentarze